wtorek, 20 maja 2014

Czas Berberów - Maroko 2014 - Marrakesh



 
Gdy easy jet wylądował w Agadirze zszedłem na płytę  lotniska i odetchnąłem marokańskim powietrzem. Nareszcie w Afryce. Zobaczę jak wygląda zachodni kraniec kontynentu. Maroko – wrota Afryki - od zawsze było w europejskim świecie. Przecież góry Atlas to zamieniony w kamień jeden z mitologicznych tytanów, czy raczej ich potomków - Atlas, rodzony brat Prometeusza. Zemsta bogów skazała braci na mękę na końcach świata. Atlas cierpiał podtrzymując niebieskie sklepienie na czarnym lądzie, a Prometeusz krwawił przykuty do skał Kaukazu. Obaj wskazywali granice poznania. Miało być wspaniale, a wyszło jak zwykle. Trochę jak z tym wyjazdem.

 
Zaczynamy afrykańską epopeję, mamy do pokonania 250 kilometrów. Do Marrakeszu – niegdysiejszej  stolicy królestwa docieramy wieczorem. Wędrujemy labiryntem uliczek medyny (starego miasta) ,by dotrzeć do naszego riadu. Arabskie słowo riad oznacza ogród, ale również tradycyjny atrialny dom, którego wewnętrzna przestrzeń była aranżowana na wzór zielonego ogrodu ,często z centralnie umieszczoną fontanną lub sadzawką. Usytuowane wokół pomieszczenia świetnie izolowały tę przestrzeń, której sklepieniem było otwarte niebo. Istna oaza.

 
Domy zwyczajem starych, targowych miast, gdzie każda piędź gruntu kosztowała majątek, były ściśle stłoczone, a chodniki szerokie zaledwie na tyle, by dać szansę wyminąć się dwóm osłom. W tym celu jedno ze zwierząt musiało się jeszcze przytulić do muru. Arabskim zwyczajem budynki nie posiadają okien na zewnętrznych fasadach, jedynie ozdobne wrota prześcigają się w rzeźbionych reliefach i znaczonych ćwiekami deseniach. Solidne kołatki trwają na straży mimo obecności wszędobylskich dzwonków, których przyciski niechlujnie zamontowano na odrzwiach. Jeszcze jeden znak nowoczesności – plątanina wszelakich kabli.
 
Liszaje i płaty odpadającego tynku oświetlone afrykańskim słońcem, aspirowały do lepszego świata. I te niesamowite kolory, ciepła paleta - róż, pomarańcz, beż, ochra. Tradycyjny riad piętrzyły w górę kolejne pokolenia rodziny. Czasami pojedyncze pomieszczenia wynajmowano dalszym krewniakom lub znajomym. Obecnie duża część budynków jest adaptowana na potrzeby turystów. Dawni mieszkańcy, o ile pozwala na to sytuacja materialna wolą uciec z ciasnej zabudowy na przedmieścia.
Często riady stają się inwestycją dla przybyszy z zewnątrz, mieszczuchów z dużych metropolii, czy nawet z zagranicy. Staromiejski, ciasny sposób zagospodarowania przestrzeni pozwala obserwować wschody i zachody słońca jedynie ze zwieńczania budynku. W marrakeskich warunkach najczęściej jest to obszerny taras dający okazję na biesiadę, towarzyskie spotkanie lub ekscytujący nocleg. Na horyzoncie zza stad satelitarnych anten wyłania się masyw Atlasu Wysokiego, teraz zaakcentowany śnieżnym lazerunkiem.
 
 
Wysoko wędrujące słońce szybko wypełnia gorącem wąskie zaułki. Można przed nim uciec pod zadaszone kramy suków. Tam mnogość wszystkiego; ludzi, towarów, zwierząt ustępujących miejsca rowerom i coraz częściej skuterom i motorowerom. Rejteruję na powrót do riadu przeczekać południowy skwar. Mam się nad kim pastwić – jest recepcjonista. Młody chłopak póki co, męczy jakąś grę na swoim laptopie, ale chętnie godzi się na rozmowę z turystą. Zawsze to jakaś odmiana. Ma na imię Rachid (Raszid) i studiuje filologię angielską.
 
Gdy pytam go o narodowość, o to,czy jest Arabem, czy Berberem, dyskusji już nie można zatrzymać! Jest Berberem i jest tego świadom. Pokazuje mi na ekranie komputera  berberyjskie strony. Sami nazywamy siebie Amazigh (l.mn. Imazighen), to znaczy ludzie wolni. Zobacz, kiedyś władaliśmy całą północna Afryką; od Maroka i Mauretanii po Sudan. Teraz te wszystkie państwa i granice są wymyślone przeciwko Berberom. To tajne porozumienie rządów. Jak myślisz, dlaczego granica między Marokiem a Algierią jest zamknięta?
 
To akurat wiem – poszło o Saharę Zachodnią. Algieria od początku popierała zachodnio –saharyjski Front Polisario walczący o niepodległość. Wysyłała broń i pieniądze dla rebeliantów walczących z Królestwem Maroka. Wzajemne oskarżenia i przeróżne polityczne manifestacje trwają do dziś. Ale według Rachida to zmowa rządów mająca na celu niedopuszczenie do kontaktów między Berberami po obu stronach granicy. A alfabet, przecież wymyśliliśmy najstarsze afrykańskie pismo. Od kilku lat nauczają go w szkołach.
 
W niektórych miejscowościach pojawiają się napisy w tym alfabecie. W Marrakeszu na pewno  ich nie znajdziesz. Ale jak myślisz, dlaczego w różnych państwach powstały odmienne wersje pisma? To mauretańskie różni się od tego z Nigru i oczywiście naszego. To jasne, że to wszystko dlatego, żeby trudniej było nam się porozumieć. Teorie spiskowe zawsze są atrakcyjne J. Na szczęście upał zelżał. Miasto stało się bardziej przyjazne dla przechodniów. Późne słońce wyostrza architekturę. Plac Dżamaa el-Fna przygotowuje się do nocnego spektaklu.
 
Nie odpuszczam tej atrakcji. Wracam tam nocą. Miejsce jest rozedrgane nerwowym światłem. Tłok, gwar, mieszające się dźwięki i zapachy. Warto zobaczyć, ale nie mam ochoty się w to zanurzyć. Ot, spektakl, jeszcze jeden wielki spektakl. Jutro wyjeżdżamy z miasta…
 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

FGM - okaleczenie kobiecych genitaliów



Tanzania. Fascynacja krajem i jego mieszkańcami nie może przesłaniać problemów. Na pewno kuleje edukacja dziewcząt, wciąż wiele dziewczynek i dziewcząt poddawanych jest zabiegowi obrzezania. Szczególnie duży odsetek tego typu uszkodzeń ciała występuje u podnóża  Kilimanjaro. Trzy tamtejsze regiony administracyjne - chlubią się szczególnie dużym odsetkiem okaleczonych kobiet. Przoduje Manyara z ponad 70,8%, W Arusha odsetek okaleczonych kobiet wynosi 58,6%, na terenie Kilimanjaro wielkość ta nieco przewyższa średnią krajową i wynosi (tylko!) 21,7%. W  prasie co jakiś czas można spotkać tego typu informacje, jak ta poniżej:
AFRICA 
17 December 2013 Last updated at 19:11 GMT 
BBC news Africa
Tanzania police raid FGM ceremony in Same district
The UN says female     genital mutilation is in decline in Africa
Police in northern Tanzania have broken up an illegal ceremony where girls were subjected to female genital mutilation (FGM), an official has told the BBC.
Police rounded up 38 people, including seven cutters, 21 girls and parents.


Policja chyba nie przejawia zbyt mocnej inicjatywy w tym zakresie. Najczęściej do zatrzymań dochodzi po donosie sąsiadów. Według danych tanzańskich służb medycznych, a także UNICEF oraz WHO na terenie kraju występują cztery, różne formy  okaleczeń. 


Pierwszy typ polega na wycięciu łechtaczki, niekiedy również  części warg sromowych - nazywa się to obrzezaniem sunnickim (co nie znaczy, że nie spotyka się w ten sposób okaleczonych kobiet wśród ludów wyznających chrześcijaństwo), 


drugi podobnie jak poprzedni obejmuje odjęcie łechtaczki i obu par warg sromowych. To najbardziej rozpowszechniony na terenie Tanzanii rodzaj okaleczenia. 


Trzeci rodzaj oprócz wycięcia, jak w poprzednich przypadkach, obejmuje zaszycie. Pozostawia się jedynie niewielki otwór umożliwiający oddawanie moczu oraz wypływ krwi menstruacyjnej. Wejście do waginy jest rozpruwane by umożliwić deflorację po zaślubinach i sprawowanie małżeńskich obowiązków oraz jeszcze raz, bezpośrednio przed porodem. Ten rodzaj okaleczenia, najbardziej ingerujący w anatomię nazywa się obrzezaniem faraonów. Niektórzy twierdzą, że dopiero to ten rodzaj okaleczenia powoduje, że kobieta wygląda "tam" atrakcyjnie. 


Nawet gdzieś przeczytałem wypowiedź, że my czarni lubimy gdy nasze kobiety wyglądają z przodu podobnie jak z tyłu. Na szczęście w Tanzanii ten rodzaj okaleczenia stanowi jedynie 2% wszystkich przypadków. Za czwartą formę okaleczenia kobiet przyjmuje się wszelką, inną ingerencję w żeńskie genitalia - może to być tatuaż, skaryfikacja , kolczykowanie i inne zabiegi. Dane statystyczne nie mówią z jakim rodzajem okaleczenia się spotykamy. Na danym terenie i wśród jednej grupy etnicznej mogą występować jednocześnie wszystkie cztery formy okaleczenia. Pewnie dlatego, że jest coraz trudniej o kobiety specjalizujące się w tym procederze. Te, które pozostały na tym rynku pracy pewnie tną, jak im się uda. Czasem jest to tylko łechtaczka czasami coś więcej. Jak się ma wprawę i mocne nerwy ze zszywaniem można sobie poradzić. 


Duży odsetek obrzezanych kobiet w cieniu najwyższego szczytu Afryki, tłumaczony jest dominującym tutaj plemieniem Maasai. To jest bardzo tradycyjna społeczność niechętnie zmieniająca swoje zwyczaje. Już Bronisław Malinowski zauważa, że „Masaj, konserwatywny w zakresie kultury materialnej, trzyma się również dawnych plemiennych sposobów życia”. Nie lepiej wygląda sytuacja we wsiach zamieszkałych przez sąsiadów Maasai - rolników Chagga. Rozwiązaniem bolesnego problemu zdaje się być edukacja, głównie dziewcząt, oraz akcje uświadamiające prowadzone przez lokalne autorytety. W sąsiedniej Kenii w takie działania angażuje się First Lady - Margaret Kenyatta. Promuje ona alternatywny ryt umożliwiający wejście dziewczynom w dorosłość:
Maasai Elders Unite To End Female Circumcision
Magadi, Kenya, 22 May 2014 | Ten Maasai cultural elders from Entasopia Sub-Location have vowed to end female circumcision at a ceremony organized by Amref Health Africa in Kenya yesterday. The denunciation ceremony paved way for more than 250 girls to undergo an alternative rite of passage, graduating to womanhood.
H E Margaret Kenyatta, the First Lady of the Republic of Kenya at Amref Health Africa in Kenya Alternative Rite of Passage Project in Kajiado)


W literaturze antropologicznej i etnograficznej stosowane jest określenie obrzezanie, względnie obrzezanie rytualne. Odnosi się ono zarówno do zabiegu jakiemu są poddawane kobiety, jak i mężczyźni. Jednak w materiałach UNESCO oraz Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) zabieg stosowany wobec kobiet określa się jako okaleczenie Female Genital Mutilation – FGM.


To hasło a jednocześnie problem popularyzuje Waris Dirie - KWIAT PUSTYNI, CÓRKA NOMADÓW i jakby nie było gwiazda popkultury w napisanej przy udziale Corinny Milborn książce "Przełamać tabu". Autorki piszą o wielkiej krzywdzie, która dzieje się (... ) kobietom: o okaleczaniu żeńskich genitaliów, FGM (Female Genital Mutilation), MSF (Mutilations Sexuelles Feminines, o obrzezaniu kobiet, co Arabowie nazywają khafd...  Wydawało by się, że to dzieje się gdzieś daleko w Afryce, czy Azji. Z ludów indoeuropejskich okaleczenie kobiet na dużą skalę praktykują Kurdowie. Ale przecież oni nie są Europejczykami. Na naszym kontynencie jednak mieszkają imigranci. Nie ma dokładnych danych ile kobiet w Europie dotknęło FGM. Liczba okaleczonych może wynosić kilkaset tysięcy lub nawet milion. Część zabiegów została przeprowadzona tutaj. Czyli w jakiś sposób dotyczy to również nas.


Okaleczenie żeńskich genitaliów FGM - takie nazewnictwo wyklucza wszelkie konotacje kulturowe i posiada jednoznacznie negatywny wydźwięk. Materiały statystyczne rządu tanzańskiego nadal używają terminu obrzezanie w wypadku kobiet. W niektórych tekstach zabieg wykonywany na chłopcach nazywany jest cięciem „cutting”. Czyli też niknie wydźwięk kulturowy. Tym bardziej, że męskie obrzezanie jako zabieg higieniczny jest mocno promowane i zalecane jako środek zapobiegający rozprzestrzenianiu się epidemii AIDS. Od roku 1989 kraj uznał okaleczenia kobiet za przestępstwo i proceder ten jako nielegalny jest ścigany z urzędu. Inna sprawa jak do tego podchodzi się lokalnie. 


Okaleczenie kobiet jest praktykowane niezależnie od wyznawanej religii. Na świecie przyjęło się uznawać, że to raczej domena ludów wyznających Islam. W świętej księdze Islamu - Koranie nie ma wzmianki o obrzezaniu kobiet. Nic także nie wiadomo by któraś z córek Proroka była w ten sposób okaleczona. Oprócz Koranu Muzułmanie biorą pod uwagę także sunnę będącą czymś w rodzaju zbioru komentarzy. Z tej niezliczonej ilości pism zwanych hadisami jedynie trzy poruszają tematykę obrzezania kobiet. Jednak nie przez wszystkich wiernych uważane są one za wiarygodne. W Tanzanii rządowe dane pokazują, że wśród muzułmanek okaleczonych jest 11% kobiet, wśród rzymskich katoliczek odsetek ten wzrasta do 14%, a wśród protestantek osiąga wartość 20%. Warto się zastanowić, gdy się chce rzucić w kogoś kamieniem. Przemoc nie ma religii - FGM nie ma religii!


Tanzania znajduje się na niechlubnej liście „top ten” najbardziej zagrożonych przez AIDS państw świata. Akurat wokół masywu Kilimanjaro położone są trzy regiony, w których jest szczególnie duży odsetek obrzezanych kobiet, jednocześnie regiony te mają najmniejszą w całym kraju liczbę mieszkańców z pozytywnym odczynem HIV. Odsetek okaleczonych kobiet podałem na początku postu. Teraz do tych wielkości dopiszę odsetek ludności z pozytywnym odczynem HIV. Manyara - aż 70,8% okaleczonych kobiet i tylko 1,5% ludności HIV+, Arusha - odpowiednio 58,6% oraz 1,6% i na końcu Kilimanjaro - 21,7% i 1,9%. Średni odsetek ludności HIV+ dla kraju wynosi 5,1%. Popularny tygodni Arusha Times tłumaczy niską liczbę ludności z pozytywnym odczynem HIV w tych regionach szczególnie dużą liczbą obrzezanych mężczyzn, sięgającą blisko 100% męskiej populacji


wwww. arushatimes.co.tz issn 0856 - 9135
Issue No. 0689: Nov. 5 - 11, 2011
Front page 1
Male cut ‘saves’ Arusha from HIV infections 
By Staff Reporter 
Areas with high rates of male circumcision have been found to have very low prevalence of HIV-Aids infections according to medical experts. 
Manyara, Arusha and Kilimanjaro regions at the moment have the least rates of HIV-Aids in the country and according to medical experts these are also the areas with highest percentage of male circumcision. 
Arusha Region has high rate of male circumcision now attributed to low prevalance of HIV infections. Maasai and other indigenous people of Arusha are cirumsized as compulsory rite of passage.
Dr Mary Rose Kahwa revealed that Manyara region which at 1.5 percent has the lowest HIV prevalence in Tanzania is also boasting the highest figure of male circumcision at 97.3 percent. Arusha which has second lowest rates of HIV infections in the country, at 1.6 percent, is also among the regions with highest percentage of male circumcision at 96.2 percent. Kilimanjaro ranks higher than Arusha, when it comes to the rate of male circumcision which stands at 97 percent. However the region is slightly behind in the HIV-Aids prevalence cases at 1.9 percent though the latter remains the third lowest in the country. 


Niezorientowany czytelnik może pomyśleć, że skoro to tak ładnie działa w wypadku mężczyzn, to może również obrzezanie kobiet nie jest takim złem i może jego stosowanie też wpływa na ograniczenie tej strasznej epidemii. Jednak tej tezie zaprzecza analiza danych biorąca pod uwagę trzy parametry – odsetek okaleczonych kobiet, odsetek mężczyzn poddanych obrzezaniu i w końcu procent ludności HIV pozytywnej. Ciekawie wyglądają dane pochodzące z Zanzibaru; Unguja - 99% obrzezanych mężczyzn, 1% okaleczonych kobiet i pojedyncze przypadki osób HIV-pozytywnych. Ten 1% nie obrzezanych mężczyzn - to przyjezdni nie-Muzułmanie, z kolei 1% okaleczonych kobiet pochodzi z wiosek zamieszkałych przez przybyłych z kontynentu przedstawicieli plemion Maasai oraz Nyamwezi. Na sąsiedniej Pembie jest już po staremu - 100% obrzezanych mężczyzn, nie ma przypadków okaleczonych kobiet, nie ma osób HIV-pozytywnych.


Wydaje się, że wzrost zachorowań na AIDS należy tłumaczyć odejściem od tradycyjnego stylu życia i przyzwoleniem na rozluźnienie norm obyczajowych, szczególnie w miastach oraz rejonach przygranicznych narażonych na migracje. W końcu zachorowalność na AIDS jest większa w miastach, niż na terenach wiejskich. Niestety, w niektórych regionach okaleczenia kobiet też są tłumaczone tradycją.  Budujące jest to, że ten niecny proceder jednak zanika. Jeżeli porównamy odsetek okaleczonych kobiet w przedziale wiekowym 45-49 lat, gdzie osiąga on wielkość 23% z danymi dotyczącymi kobiet w wieku 15-19 lat, gdzie udział ten wynosi 9%, można mieć nadzieję. No i najważniejsza rzecz - edukacja! Wśród okaleczonych kobiet 20,3% nie posiada żadnego wykształcenia. Takich, które ukończyły poziom secondary jest jedynie 3,1%. Gdyby nie słońce i kolorowe szaty kobiet można by pomyśleć, że to conradowskie jądro ciemności.













niedziela, 9 marca 2014

Radek Juszczyk- wspomnienie


 
 
Gdy zadzwonił do mnie Bogusław z propozycja wypadu na Matterhorn zgodziłem się od razu. Ta góra wygląda jak pazur jakiejś wojowniczej bestii i pomyślałem, że przynajmniej popatrzę sobie na nią z bliska. Byłem w tamtych czasach przykładnym pracownikiem korporacji i nie miałem ambitnych planów poza zwiększaniem słupków sprzedaży. Podczas podróży dałem z siebie wszystko, zawziąłem się i prowadziłem samochód całą drogę.
 
 
Następnego dnia bladym świtem dowiozłem cale towarzystwo na kamping pod miastem. Tam czekało na nas już parę osób. Wspólnie zaimprowizowaliśmy jakieś obozowe śniadanie i ruszyliśmy w górę. Dawałem radę jako tako w podejściu do schroniska Hörnli. Potem braki w kondycji i zmęczenie całonocną drogą wzięły górę i zaległem w przepięknych, alpejskich okolicznościach przyrody.
 
 
Oczywiście grupa szturmowa podążała dalej z ambitnym planem dotarcia do wierzchołka. W miarę sprawnie dotarli do kolejnego schroniska sławnego Solvay, od którego zaczynają się już przysłowiowe schody. Stamtąd mogli podziwiać wspaniałe załamanie pogody dopóki szczytu całkiem nie skryły chmury. Budynek był pełen optymistów liczących na łut szczęścia. Bogusław już znał tę górę, więc nie miał złudzeń i zarządził bezwarunkowy i bezdyskusyjny odwrót.
 
 
Ja w tym czasie powoli wracałem do normy, zadyszka ustąpiła, gdyby nie potworny ból stóp wszystko byłoby prawie O.K. Dzisiaj gdy oglądam zdjęcia z tamtej wycieczki, nie mogę sobie przypomnieć cóż to za dziwne obuwie katowało moje kończyny. Jakieś solidne i ciepłe sądząc po istnieniu wewnętrznych botków. Pewnie zorganizowane przez Bogusia, bo on to ma hopla na punkcie ciepłych stópek. Wiem, że już nigdy później nie założyłem podwójnych butów.
 
 
Alpejskie łąki odurzały zapachem. Turystów było niewielu. Wdałem się w pogawędkę z nico starszym Nowozelandczykiem. Ujęło mnie w nim to, że zbierał wszelkie śmieci pozostawione przez naszych poprzedników. Poszedłem w jego ślady i wypytując go o sytuację na jego dalekich wyspach zapełniałem również swoje kieszenie różnymi drobiazgami. Kiwi jednak miał znacznie lepsze tempo ode mnie, więc wkrótce go pożegnałem. Wracałem w doliny. Oj długi był to powrót. A to sobie popatrzyłem na górę gór, a to zachwyciłem się kwiatem jakimś.


Gdy zszedłem jeszcze niżej przepadłem już całkiem. Nie mogłem się powstrzymać od studiowania regionalnego budownictwa. Szczególnie zafascynowały mnie tutejsze spichlerze posadowione dla ochrony przed gryzoniami na kamiennych płytach. I tak się przemieszczałem od obiektu do obiektu studiując szczegóły. W tym czasie lepsza część załogi też zeszła na dół tak, że spotkaliśmy się przed zabudowaniami Zermatt.
 
Na bezlitośnie twardym miejskim bruku każdy krok sprawiał niesamowity ból, więc wlokłem się na samym końcu. Towarzystwo przede mną było zaaferowane otarciem się o alpejską legendę. Wspominali poprzednie wyjazdy i planowali dalsze. Nagle z tej grupy odłączył Radek. Poczekał na mnie i zapytał czy wszystko w porządku.
 
 
Doładował sobie dodatkowo na ramię mój plecak. Rozmowa z nim pozwoliła mi zapomnieć o bólu i jakoś dowlekliśmy się na kamping. Tam okazało się, że jeden z polskich zespołów miał pecha. Dla młodej warszawianki Matterhorn okazał się górą życia, ostatnią górą jej życia. Postanowiliśmy nie nocować w namiotach tylko zaraz wracać do kraju. Tym razem już nie dotykałem kierownicy.

 
Z Radkiem spotykałem się jeszcze wiele razy, w górach albo przy okazji naszych, corocznych festiwali (www.dnilajtowe.pl). Zawsze u niego ceniłem, tę łatwość wchodzenia w relację z innym człowiekiem i chęć pomocy. Głupio zginął. Każda śmierć w górach jest głupia i niepotrzebna. Wtedy schodzili w trójkę z Piku Lenina. Na szczyt wchodzili późno, wszyscy byli w niezbyt dobrej formie. Ta góra to olbrzymia przestrzeń, przy kiepskiej pogodzie (o którą tam nietrudno) i zmęczeniu łatwo o dezorientację.
 
 
Radek stwierdził, że do obozu trzeba iść „tędy”, idący za nim partner poszedł „tamtędy”. Nie było żadnej kłótni, dyskusji, nic. Trzeci z kolegów jak automat poszedł za tym drugim. Ci mieli szczęście. Obrany przez nich szlak zaprowadził ich do bezpiecznego namiotu w obozie III. W obozie II zaczęli mieć podejrzenia, że coś jest nie tak. W obozie I już wiedzieli, że Radek został na górze.
 
 
Wysokość powoduje, że nie ma komu zawrócić i sprawdzić co się dzieje z tym, który maszeruje na końcu. 8 marca 2014 roku w rocznicę 41 urodzin Radka odsłoniliśmy na Symbolicznym Cmentarzu pod Osterwą poświęconą jego pamięci tablicę.
 
 
LEPSZEGO PRZYJACIELA NIE BĘDZIEMY JUŻ MIELI!

poniedziałek, 3 marca 2014

Na tatarskim szlaku- Podlasie 2013

 

Druga połowa listopada nie jest najlepszą porą na wycieczki, nawet samochodowe. Ale taki termin ma też zalety, można mieć cały świat tylko dla siebie, czyli dla nas dwojga. We wrześniu byliśmy na Krymie skuszeni tatarskim mitem. Czuliśmy niedosyt po tej eskapadzie i dlatego pojawił się pomysł wyjazdu na Podlasie, na tatarski szlak. Wolny termin pojawił się dopiero późną jesienią. Noclegi załatwiliśmy przez internet. Podróż udało mi się połączyć z delegacją do Ostrowca Świętokrzyskiego, więc załatwiało to 1/3 drogi. U celu podróży byliśmy gdy już było ciemno. Na szczęście dojazd nie był skomplikowany, no i gospodyni nas prowadziła przez telefon.


A mieliśmy gościć u nie byle kogo i nie byle gdzie. Nasza kwatera była przepięknie położona. Z okna znajdującej się na piętrze łazienki było widać meczet w Bohonikach. Gościliśmy u pani Eugenii Radkiewicz, Tatarki, opiekunki świątyni. Kilkanaście lat temu przemierzyłem tatarski szlak z moim przyjacielem Jackiem. W ramach mojego wyjazdu służbowego przewędrowaliśmy całą wschodnią ścianę. Dzisiaj to był inny świat. Asfaltowe drogi, chodniki, tablice informacyjne. Zmieniło się jeszcze coś. Wtedy Tatarzy stanowili większość wśród polskich wyznawców Allacha. Dzisiaj te miejsce zajęli imigranci z krajów, gdzie Islam jest najbardziej popularną religią, coraz liczniejsi są też konwertyci.


 Polscy Muzułmanie przez lata komunizmu nie mieli łączności ze swoimi braćmi w wierze. Ewenementem było odbycie pielgrzymki do Mekki. Zanikła znajomość języka arabskiego, który powinien być językiem modlitwy- rozmowy z Bogiem. Jednak wspólnota trwała. Teraz zdarza się, że bracia w wierze wykształceni gdzieś w dalekich medresach pouczają naszych Tatarów. Kręcą nosem na wybory miss podczas dorocznych zabaw. No ale gdzie młodzi mają szukać kandydata na współmałżonka? Również zwyczaje pogrzebowe polskich Tatarów zawierają wiele elementów zaczerpniętych od chrześcijańskich sąsiadów.

Informujemy ze dnia 06.11.2011 jest organizowany BAL NA ŚWIĘTO KURBAN BAJRAM, cena od osoby 100zł, w tej cenie zapewniamy 5 dań na gorąco, przystawki na zimno, ciasto, owoce, soki, woda z cytryną, kawa, herbata i zespół muzyczny. Ograniczona ilość miejsc. Zgłoszenia proszę kierować do organizatora X X z Sokółki tel. xxx xxx xxx. Zapisy przyimujemy do dnia 01.11.2011.

SERDECZNIE ZAPRASZAMY WSZYSTKICH
 

Wyruszamy do Kruszynian. To druga wioska, w której także żyje społeczność tatarska i znajduje się meczet. Przed II wojną światową, gdy Polska funkcjonowała w innych granicach polscy Tatarzy posiadali 19 meczetów. Teraz na terenie naszego kraju funkcjonują dwa. Reszta z zachowanych świątyń znajduje się po białoruskiej stronie granicy. Wszystkie te budowle są drewniane. Ich bryły przypominają chrześcijańskie budowle sakralne. Nic dziwnego, przecież budowali je często ci sami rzemieślnicy. Początki tatarskiego osadnictwa na tych terenach sięgaja XIV wieku. Wtedy u litewskiego księcia Witolda szukał schronienia chan Tochtamysz. Było to po rozgromieniu Złotej Ordy przez siły konkurencyjnego chanatu krymskiego.


 Ziemie chanatów w tych czasach były szczególnie niespokojne więc w następnych latach napływały kolejne fale uchodźców. W czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów społeczność tatarska liczyła około 5000 osób. Władcy nadawali osadnikom liczne przywileje. Mogli zachować swoją wiarę, mogli żenić się z miejscowymi kobietami i przyjmować ich nazwiska i herby. Dlatego Tatarzy maja takie piękne, szlacheckie nazwiska. Podziwiamy kruszyniański meczet. Pięknie się prezentuje oszalowany pomalowanymi na zielono deskami na tle pochmurnego nieba. Na tablicy informacyjnej znajduję numer telefonu przewodnika. Umawiamy się na spotkanie po małej przekąsce w sąsiedniej knajpie. Lokal nazywa się Tatarska Jurta i faktycznie jurta stoi gdzieś w głębi podwórka. Restauracja mieści się jednak w solidnym drewnianym budynku. To rodzinne przedsięwzięcie Dżennety i Mirosława Bogdanowiczów. Niestety nie udało mi się zamówić polecanych przez kolegę mant- delikatnych, gotowanych na parze pierogów z serem. Dla osłody mogliśmy podziwiać wnętrze będące swoistą izbą pamięci. No i mieć poczucie, że wcześniej miejsce to zaszczycił brytyjski następca tronu książę Karol.


Zjedlismy co podali i ruszyliśmy po strawę duchową do meczetu. Tam już czekał przewodnik Dżemil Gembicki. Na początku recytacja historii tatarskiego osadnictwa, omówienie zasług dla Rzeczypospolitej i przywilejów otrzymanych od tejże. Z Sali pada pytanie- czy jesteście Polakami. Dżemil dziwi się- przecież mieszkamy tu od 300 lat-ma na mysli nadania Jana III Sobieskiego. Ciekawe, jak wielu ludzi potrafi sięgnąć 300 lat wstecz w historię swojej rodziny? Większość z nas jest obywatelami jakiś państw z powodu administracyjnej decyzji. Dopiero potem kreujemy ten odruch serca zwany patriotyzmem. Robi się fajnie, gdy Dżemil opowiada o życiu swojej rodziny.


Żona jest katoliczką, córka jest wychowywana też na katoliczkę, za to już synowie wyznają Islam. Wiele tutejszych rodzin powtarza ten model- wiadomo, serce nie sługa, a panny z sąsiedztwa bywają ładne. Teraz wielu Tatarów szuka współmałżonka w innych krajach, gdzie też żyją współplemieńcy. Słyszymy opowieść o obchodzeniu chrześcijańskiej wigilii. Kiedyś przy okazji świąt w przedszkolu, do którego chodziła córka zgodził się robić za Mikołaja. Dopiero po tym całym zamieszaniu z dzieciakami i prezentami przyznał się podejmującym go kawą i ciastem przedszkolankom, że jest Muzułmaninem.


Ciekawe co na to święty patron, bo do dominacji Islamu w swojej dawnej diecezji już się musiał dawno przyzwyczaić. Kruszyniany szczycą się, że są miejscem wielu kultur. Latem odbywają się spotkania i festyny potwierdzające ten fakt. Imam się przechadza pod rękę z księdzem prałatem. Ksiądz biskup pozuje do wspólnej fotografii z muftim i tak dalej. Ale ja będę pamiętał to dzisiejsze spotkanie, na którym zwykły chłopak ze wsi mówił o swojej wierze i ojczyźnie. Potem przemknęliśmy pusta drogą przez Krynki z powrotem do Bohonik.


Na polach z oziminą unosiła się delikatna mgła. Gdzieś tam wśród tej mgły tkwił czambuł żubrów. Parę osobników zwróciło w naszą stronę brodate łby. Po powrocie zdaliśmy relację z wycieczki naszej gospodyni. No to teraz wezmę was do „naszego” meczetu. Nie było daleko, przejść przez drogę i już można było zdejmować obuwie.


Obiekt jest nieco mniejszy od kruszyniańskiego. Skromne wnętrze, nawet bardzo skromne. Może trochę brakuje tego majestatu, który odczuwamy w dużych świątyniach. Z ust pani Eugenii otrzymaliśmy powtórkę tego co wysłuchaliśmy w poprzedniej świątyni. Ciekawsze były już bardziej prywatne dywagacje na temat historii jej rodziny i opis   tego jak stała się przewodnikiem.


Gdy już wrota meczetu zostały za nami zamknięte i wróciliśmy na kwaterę u naszej przewodniczki górę wzięła kobieca ambicja- jedliście u Dżennety, to musicie spróbować u mnie. Spróbowaliśmy, smakowało! Jednym słowem tatarski szlak po polsku spodobał nam się znacznie bardziej niż jego krymska wersja. Może to megalomania?...
 

Włóczęgę po tatarskich zabytkach kończymy zwiedzając mizar- muzułmański cmentarz w Bohonikach. Niektóre z najnowszych nagrobków są bardzo podobne to tych z katolickich nekropolii. Różnią się powtarzającym się symbolem Islamu- półksiężycem z gwiazdą i wykutymi na wzór kaligrafii cytatami z Koranu. Są też stare kamienie z ledwo widocznymi napisami cyrylicą. Na niektórych nagrobkach nie islamskie ślady- kwiaty i znicze. Miejsce różnych kultur.

 

Przydatne numery telefonów:

Pani Eugenia Radkiewicz, Bohoniki +48 85 711 91 71

Pan Dżemil Gembicki, Kruszyniany +48 502 543 871